Ciężka praca, a nie jakieś tam supermoce…
Recenzja „Lekarki” z cyklu „Legendy miejskie”
„Legendy miejskie” to dość nieoczywisty cykl autorstwa Karola Webera, który ilustrują różni artyści. Autor funduje nam serię opowieści, w których głównymi bohaterami czyni dwóch emerytów, regularnie spotykających się na dachu budynku. Jeśli chodzi o akcję z nimi związaną – w zasadzie dzieje się niewiele. I to w dużej mierze wyróżnia tę serię na tle innych opowieści z polskiego komiksowa. Weber ewidentnie stawia na fabułę, ba, nawet na daleko idące z tej fabuły wnioski i interpretacje, a to wynosi jego cykl na zupełnie inny poziom.
Aby mówić o „Lekarce”, warto jeszcze przez chwilę wrócić do całego zamysłu „Legend miejskich”. Otóż serii do sztampy rzeczywiście daleko, bo Weber decyduje się zderzyć w niej dwa światy: naszych wyobrażeń o superbohaterach (zaczerpniętych zapewne z popkultury, płynącej od początku lat dziewięćdziesiątych wartkim strumieniem ze Stanów Zjednoczonych) z superbohaterami made in Poland. Jacy są ci ostatni? Wydają się przeciętni, bardzo zwyczajni – na pierwszy rzut oka zupełnie niewyróżniający się z szarego tłumu.
W tym akurat nic odkrywczego nie ma, wszak Peter Parker czy Clark Kent też mieli się zdawać przeciętniakami w codziennym życiu. Tyle że amerykańscy przeciętniacy ulegali spektakularnej metamorfozie, podczas której zmieniała się ich aparycja i uaktywniały supermoce. Polscy superbohaterowie nie przechodzą niesamowitych przemian, mają zwyczajne zawody, mają także zupełnie prozaiczne problemy. Ciekawy to koncept, a przede wszystkim oryginalny zamysł serii, która z założenia pokazuje więcej niż dobre ilustracje grafików zaproszonych do projektu – ona skłania do zastanowienia, a to zawsze w przypadku literatury, także tej popularnej, in plus.
W „Lekarce”, jak i w całym cyklu „Legend…” historie kręcą się wokół dwójki przyjaciół: Stasia i jego przyjaciela, którzy niezmordowanie prowadzą ożywione dyskusje na całkiem poważne, choć, bywa, dość abstrakcyjne tematy. Jednym z nich jest właśnie obecność superbohaterów, przy czym warto wiedzieć, że Stasiu to typowy racjonalista, zaś jego towarzysz jest nieco bardziej otwarty na nie do końca dające się wyjaśnić rozwiązania.
To przekonanie o racjonalizmie świata przedstawionego u Stasia daje o sobie znać również w „Lekarce”. Weber ładnie zestawia dramatyczną scenę ratowania życia przez kobietę, która, oprócz tego, że para się szanowanym zawodem i na co dzień dba o ludzkie zdrowie, to jeszcze używa swojej supermocy, aby przywrócić życie konającemu pacjentowi. Mamy tutaj w jednej postaci dwie postawy: z jednej strony naukę i racjonalizm, z drugiej nieco metafizyczną, owianą tajemnicą moc leczenia dotykiem.
Taką bowiem posiada tytułowa lekarka, która, jak pokazuje retrospekcja, od dziecka ratuje – choć na początku nie do końca świadomie. Ten dar, będący w jakimś stopniu błogosławieństwem, bywa jednak także wielkim ciężarem, bo z biegiem lat kobieta uświadamia sobie, jak znacząco odróżnia ją od reszty społeczeństwa.
Na swój sposób wzrusza także scena, w której lekarka odpoczywa po akcji ratowania życia pacjentowi. Ten obraz przywodzi mi na myśl inny, który trudno z pamięci wymazać. Bo też raczej wszyscy pamiętamy słynne zdjęcie profesora Zbigniewa Religi i jego asystenta po zakończeniu pierwszej w historii kraju operacji przeszczepu serca. Na nim chyba po raz pierwszy globalnie, jako społeczeństwo, mieliśmy okazję zobaczyć nieprawdopodobne zmęczenie, jakie zalewa lekarza po wyczerpującym zabiegu i zrozumieć, z jak wielkim wysiłkiem, także fizycznym, wiąże się ta praca. Tutaj mamy młodą lekarkę, która, poza tym, że użyła wszelkich racjonalnych metod, by ratować człowieka, zdecydowała się wykorzystać swój wyjątkowy dar, który z dwójnasób pozbawia ją sił. Życie ludzkie pozostaje jednak nadrzędną wartością, więc upór kobiety nie słabnie.
W tle tych wszystkich wydarzeń mamy Stasia, który ląduje na czas „Lekarki” w tym samym szpitalu. Jednak to nie on jest obiektem zmagań bohaterki, Stasiu występuje tutaj niejako na drugim planie, będąc po prostu pacjentem placówki. Z samą lekarką wiąże go zresztą jedynie mały epizod na szpitalnym korytarzu i krótka pogawędka.
To jednak, co także w tej historii ważne, to relacja między Stasiem i jego przyjacielem – to właśnie on wraz z żoną w te pędy gna do szpitala, gdy tylko nie znajduje Stasia w stałym miejscu ich spotkań i dowiaduje się, że kompan niedomaga. Obaj panowie są nieco nieporadni – jeden zapomina podarku dla przyjaciela z samochodu, drugi toczy nierówną walkę z automatem z napojami – ale ich wzajemna relacja budzi w duszy ciepłe uczucia.
Czy „Lekarka” to klasyczny komiks? Nie. Jak cała seria „Legend miejskich”. Nie ma tu wartkiej akcji, nie ma przygód, nie ma wybuchów, fajerwerków, wodotrysków. Jest bardzo po polsku, jest prozaicznie, ale nie ma w tej prozie niczego złego – przeciwnie, właśnie to prozaiczne tło nie zakłóca przekazu i pozwala mózgowi na nieco więcej wysiłku, niż kontestowanie świetnych ilustracji autorstwa Biernackiego.
dr Milena Kościelniak

