Siła legendy vs. siła miłości
Recenzja komiksu „O Królu Krwi i Lodowej Damie”
Aj, czego my tutaj nie mamy! Jest tajemnicza legenda, jest mordowanie niewinnych, porywanie kobiet, jest szaleństwo w bardzo gotyckim wydaniu, obsesja, a w końcu jest uniwersalizm miłości – pech chciał, że w tym przypadku wybitnie nieszczęśliwej.
Tym razem rozbierzemy na części historię „O Królu Krwi i Lodowej Damie”, czyli jedną z tych opowieści Karola Webera, która przenosi nas w bliżej nieokreśloną przeszłość (może to Średniowiecze, może nieco później) do niewielkiej, owianej tajemnicą osady. Zamieszkują ją „prości chłopi”, jednak cały jej sekret polega na tym, że ludność uwikłana jest w pewien upiorny pakt z postacią o co najmniej niepokojącej proweniencji (o czym świadczy chociażby jego nietuzinkowy pseudonim), zwaną Królem Krwi.
Ów Król Krwi raz na trzy dekady zbliża się do swego ludu, wybiera wybrankę serca, która wraca z nim do jego metafizycznego świata, a w zamian za to mieszkańcy osady mają 30 lat spokoju. Więcej, mają zapewnione 30 lat opieki i dbałości ze strony nietuzinkowego zarządcy. Do tej pory niepokojący pakt działał niezawodnie, więc lud niespecjalnie opłakiwał stratę jednej duszyczki, zwłaszcza, że Król Krwi miał z nią żyć całkiem dobrze, w pokoju i względnej, zważywszy na okoliczności zaręczyn, miłości. Tym razem jednak coś ewidentnie nie zadziałało, bo choć Król Krwi pojął swą wybrankę (wyjątkowo także ona była do tego aktu nastawiona optymistycznie), jego ustanowiona przed laty opieka ma się nijak do rzeczywistości. Co tydzień ginie któryś z mieszkańców osady, a biorąc pod uwagę relatywnie niewielką społeczność, grozi to jej wyginięciem w ekstremalnie krótkim czasie.
Na pomoc uciśnionym przybywa Orin, znany już z innych opowieści Webera wojownik (rycerz wydaje się w tym przypadku nieadekwatnym słowem). Orin jest jednak widocznie znanym w tym uniwersum wyzwolicielem uciśnionych, gdyż wszyscy liczą na jego skuteczną interwencję. Proszą go jednak o zgładzenie Króla Krwi, wampira skądinąd, którego obwiniają za regularne zmniejszanie populacji osady.
Co się zatem dotąd wydarzyło? Mamy legendę – z motywem swoją drogą dość popularnym, w której specyficzna, hermetyczna społeczność jedno życie oddaje się za lata spokoju. Mamy enigmatyczną postać Króla Krwi, wampira, która wyraźnie przybliża nas do gotyckich opowieści grozy. Mamy też postać Lodowej Damy – tajemniczej kobiety, która wydaje się pozostawać raczej w tle tej historii. Tutaj jednak czeka nas plot twist, bowiem w finalnym, wydawałoby się, starciu Orina z Królem Krwi, ten drugi okazuje się nieszkodliwym szaleńcem, który niewiele ma wspólnego z masakrą niewinnych mieszkańców osady. Za krwawy dramat odpowiada ktoś inny, ale zdradzenie tożsamości sprawcy byłaby nadmiernym spoilerem.
Poprzestańmy zatem na fakcie, że Weber dość zgrabnie bawi się zwrotem akcji, jednak to, co zasługuje na szczególną pochwałę jest po pierwsze uniwersalność motywu, a więc miłości, a po drugie – świetnie zarysowana postać Króla Krwi. Bo choć to Orin zdaje się być tutaj bohaterem w oczywistym tego słowa znaczeniu, szczerze mówiąc niedosłowny i lekko obłąkany, pląsający w myśl wyimaginowanej melodii i poetycki Król Krwi kradnie całą uwagę. I słusznie, wszak ten w gruncie rzeczy dobry wampir, przez setki (a może i tysiące?) lat sprawował się bez zarzutu, chroniąc lud wybranej osady. Można mieć pewne wątpliwości co do stylu wyboru partnerki wampirzego życia, jednak w ostatecznym rozrachunku Król Krwi budzi na poły współczucie, na poły sympatię, bo okazuje się bardziej wrażliwy i empatyczny niż niejeden „ludzki” osobnik.
Do brzegu zatem – „Legenda o Królu Krwi i Lodowej Damie” to opowieść mocno osadzona w tajemniczości legend, z małym dreszczykiem gotyckiej grozy, którą potęguje obecność wampira. Czyta się dobrze, Weber zadbał też o zwrot akcji, który dodaje jej pewnej nieoczywistości. To wszystko sprawia, że okraszone ilustracjami Artura Biernackiego komiksowe dziełko jest co najmniej godne uwagi – choćby dla postaci Króla Krwi, który skutecznie łamie wampirze stereotypy. (mak)

